[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Arkady Fiedler

AMBINANITELO GORĄCA  WIEŚ

 

 

Obwolutę,  okładką  i iwyklejkę   projektował MIECZYSŁAW   KOWALCZYK

Zdjęcia    autora

PRINTED    IN   POLAND

1965

 

PRZEDMOWA

Jak wynika z niniejszej książki, podróży moja na Madagaskarze obfitowała w liczne i głębokie wzruszenia osobiste: całym sercem pokochałem daleką wyspę, jej ludność, krajobrazy i zwierzęta do tego stopnia, że troski, nadzieje i pragnienia Howasów czy Betsimisara-ków stały się poniekąd także moimi troskami i nadziejami.

Jak boleśnie musiałem odczuć tragiczne wydarzenia roku 1947, kiedy w kilku tygodniach szaleńcy kolonialni zabili blisko 90 000 Mal-gaszów, których jedyną zbrodnią było to, że pragnęli w drodze zupełnie legalnej uzyskać pewną autonomię w ramach Wspólnoty Francuskiej. Ale działo się to na kilka lat przed Dien Bien Ph.it, klęską, fctóra wielu Francuzom dopiero otworzyła oczy i sumienia i pouczyła ich, że już minęły czasy topienia w krwi wolnościowych dążeń kolonialnych ludów.

Toteż w 1958 roku doznałem nowego wzruszenia, tym razem wielce radosnego, na wieść o proklamowaniu Republiki Malgaskiej z mal-gaskim rządem na czele, a w dwa lata później o uzyskaniu zupełnej niezależności w ramach Wspólnoty Francuskiej. Wyobraziłem sobie szaloną radość mych przyjaciół na Madagaskarze i razem z nimi się cieszyłem, chociaż oddalony o tysiące kilometrów.

Rzecz znamienna, że dopiero teraz książka niniejsza staje się prawdziwie aktualna, a ostatnie wypadki nadają jej historyczną poniekąd wartość. Pomimo że jest to książka przede wszystkim o madagaskar-skiej przyrodzie, o prostych ludziach, o miłych dziewczynach, o dziwnych zwierzętach, o sielance snutej w uroczej wsi w głębi Madagaskaru, to przecież chcąc oddać wierny obraz nastrojów, książka jednocześnie dotyka nurtów społeczno-politycznych wśród Malgaszów. Jak słusznie, jak uczciwie to czyni, teraz dobitnie wykazały przełomowe zdarzenia polityczne ostatnich lat.

Dla właściwszego zrozumienia tła tych wydarzeń książka staje się niezbędnym kluczem.

ARKADY    FIEDLER

1.              Na północ od Tamataivy Nadejdzie burza tej nocy

Miasto Maroantsetra leży na -wschodnim brzegu północnej części Madagaskaru, w głębi rozległej zatoki Antongil, w tym samym miejscu, w którym Maurycy Beniowski wylądował w 1774 roku i zakładając swe Louisbourg marzył o stworzeniu wielkiego państwa Malgaszów, mieszkańców wyspy, pod swoim berłem.

Dziś może równie trudno jak wtedy dostać się do Maroantsetry. Żadna bita droga nie prowadzi do portowej mieściny, zamkniętej od strony lądu gmatwaniną gór i gęstą puszczą tropikalną. Są tylko dwa sposoby dotarcia do Maroantsetry: od portu Tamatawy kiepską drogą wzdłuż plaży morskiej — lub morzem na francuskim stateczku przybrzeżnym, odbywającym rejs co miesiąc.

Wybraliśmy ten drugi środek. W upalny poranek pewnego dnia styczniowego weszliśmy na statek, a w godzinę później odbiliśmy od mola tamatawskiego. Dopiero znacznie później uświadomiliśmy sobie, czym był wyjazd z Tamatawy: wejściem w inny świat. Jakże inny! Za nami pozostała cała zapalczywa ruchliwość kolonii francuskiej, gorączkowy taniec około złotego cielca, za nami pozostały rojne nabrzeża Tamatawy i luksusowe dzielnice europejskiej Tananariwy, koleje i pociągi Michelin, hotele, francuskie wina i francuscy administratorzy.

Po wyjściu statku z Tamatawy urwał się gwar kolonialny. Wraz z nastaniem ciszy świat zdrętwiał w  jakimś baśniowym

uśpieniu. Tropikalna senność ogarnęła wszystko: ludzi, statek, niebo. Ocean Indyjski był jak jezioro, wyjątkowo spokojny. Od żaru unosiła się w powietrzu biała para, która zdawała się przenikać nawet do mózgu ludzkiego i tłumić wszelką myśl. W tym świecie wszystko się zamazywało, zdarzenia i zjawiska zatracały cechy rzeczywistości.

Z towarzyszem podróży z Polski, Bogdanem Kreczmerem, stałem oparty o poręcz statku. Na pół drzemiąc patrzyliśmy na zamglone w oddali góry wschodniego wybrzeża.

—  Nadejdzie sztorm tej nocy —• ktoś obcy, stojący za moimi plecami, odezwał się do nas po francusku.

—  Może nadejdzie — odpowiedziałem półgębkiem nie ruszając się z miejsca.

—• Panowie również do Maroantsetry?

—  Tak.

—  Z administracji kolonialnej?

—  Nie.

—  Handel?

—  Nie.

—  Eksploatacja?

—  Tak.

—- Czego? Drzewa?

—  Nie. Robaków.

Tamten wziął to za niewłaściwy żart i usłyszałem jego ciche sarknięcie. Obejrzałem się. Stał za nami olbrzymi Hindus o wspaniałej, czarnej brodzie, ubrany w biały, jedwabny garnitur. Człowiek zażywny i widać zamożny. Typowy wschodni władca z sensacyjnych filmów.

—  Robaków? — spytał niedowierzająco z wymówką w głosie i błyskiem niechęci w czarnych jak jego broda oczach.

—  Zbieramy owady dla muzeum. Jesteśmy przyrodnikami — wyjaśniłem uprzejmiej.

—  Panowie nie Francuzi?

—  Nie.

—  Niemcy?

—  Nie, Polacy.

—  Ach, Polacy! — powtórzył Hindus z takim wyrazem twarzy,

jak gdyby wiadomość wprawiła go w radosne zdumienie. — I zbieracie owady? Czy to popłaca? I dlatego jedziecie na ten koniec świata? Może jeszcze głęboko w puszczę?

—  Głęboko, nie głęboko. W zapleczu Maroantsetry jest taka wioska nad rzeką Antanambalana, nazywa się Ambinanitelo.

—  Bien, znam ją doskonale. Mam w tej wsi swoją filię, skład tkanin. Jestem Amod, kupiec z Maroantsetry.

—  A ja sądziłem, że pan jest... agentem policyjnym, bo taki ciekawy.

—  Nie, dziękuję! — wstrząsnął się Hindus.

Moja złośliwa uwaga wywołała jego uciechę, lecz nie poskromiła ciekawości.

—  Ambinanitelo to wielka wieś, owszem, i pełno tam ładnych dziewczyn-ramatu, to prawda, ale po co, do licha, leziecie akurat do tej zapadłej dziury?

—  Spodziewam się znaleźć tam dwie rzeczy:  rzadkie owady i ślady po Beniowskim.

—  Beniowskim? Kto to?  Jakiś zaginiony rodak?

—  Tak, coś w tym rodzaju.

Hindus otarł twarz jedwabną chustką i westchnął:

—  W nocy będzie chyba burza...

Wyczerpał się; już odeszła go chętka do rozmowy, nas także. Oddalając się rzekł:

—  Żegnam panów. Spotkamy się przy obiedzie.

Nie  spotkamy się.  On  jechał na statku pierwszą klasą,  my drugą.

Rakoto, osławiony próżniak

Pod wieczór dobiliśmy do przystani w Foulpointe. W drugiej połowie XVIII wieku panował tu król Hiawi, sojusznik Beniow-skiego. Dziś rządzili tu biali plantatorzy kawy. W ciągu godzinnego postoju w porcie setki worków cennego ziarna ładowano na nasz statek. Przenosili je z lądu na plecach półnadzy Malgasze. Tragarze  należeli  do szczepu  Betsimisaraków,  zamieszkującego

większą część wschodniego wybrzeża wyspy. Zgięci, zlani potem, śpieszyli do statku.

Hindus Amod i tęgi Francuz Tinaire, hurtownik drzewa w Ma-roantsetrze, również pasażer pierwszej klasy, zeszli tak samo jak my ze statku i przechadzali się po przystani, by zaczerpnąć powietrza. Zwróciłem się do nich, nie bez szczypty ironii, z prośbą o wytłumaczenie nam dziwnej sprzeczności: dlaczego robotnicy portowi, uchodzący w oczach kolonistów za skończonych próżniaków, tak dzielnie pracują.

—  Sprzeczności? — podchwycił Tinaire. — Nie ma tu żadnych sprzeczności! Rzetelnie panów informowano. Ci hultaje — Tinaire wykrzywił twarz w stronę tragarzy na znak pogardy — ci hultaje to najgnuśniejsze tałałajstwo pod słońcem. Lenistwo tych nicponi przechodzi ludzkie pojęcie...

—- I dlatego tak się śpieszą z workami? — wtrąciłem.

—  A że tak się śpieszą z workami — ciągnął kupiec nie zrażony — to całkiem inna rzecz. To skutki genialnego pociągnięcia ekonomicznego naszej administracji kolonialnej. Czy wiecie, panowie, co to podatek pogłowny? To cudotwórcza magia, to nowoczesne  zaklęcie  tak  silne,  że  zmusiło do pracy nawet  tych zakutych nierobów. Spójrzcie na tych młodych Rakotów, Tsarów, Rasafów, Siddiców i jak im tam! Łazęgi, głodomory, lenie, którym przez całe życie nie przyszłoby do głowy jąć się pożytecznej pracy. Ale muszą! Muszą, bo na Madagaskarze każdy bez wyjątku Malgasz powyżej osiemnastu lat musi płacić podatek pogłowny. Nic nie pomoże, że przeważna część tubylców nie posiada nic prócz łachmanów, które nosi na sobie, i że z chronicznej nędzy nie  dojada.  Każdy  z  tych włóczykijów musi  płacić  co rok  tę daninę.

—  Ile ona wynosi?

—  Równa się mniej więcej miesięcznej pensji niższego urzędnika administracyjnego.

Ze zdziwienia świsnąłem przez zęby:

—  Ależ to niedorzeczność! Jeśli ktoś całkiem goły i biedny, to z czego ma płacić podatki? Przecież z pustego nikt nie naleje.

—  Nic podobnego! Na Madagaskarze musi nalać! — zaśmiał się Tinaire rozbawiony. — Władze kolonialne  wskazują Malga-

10

szowi właściwą drogę: idź do białego kolonisty na plantacje lub do kopalni, przyjmij jego warunki płacy i zapracuj sobie potrzebne na podatek pieniądze!

—  I Malgasz idzie? Nie uchyla się?

—  Niechby  spróbował!   Jeśli  nie   uiści  podatku   pogłownegoj ciężko zapłaci za swą krnąbrność. Prawo kolonii skazuje go na rok lub więcej więzienia, w którym przestępca wykonuje przymusową robotę bez zapłaty. Podatek pogłowny stanowi najważniejszy dochód w budżecie administracji kolonii, inne wpływy są znikome w porównaniu z nim, nie wyłączając podatków, które my, kupcy, tu płacimy, chociaż odczuwamy je dotkliwie.

—  To prawda! — potwierdził Hindus Amod. — Lecz kolega zapomina, że podatek pogłowny ma jeszcze jedną dobrą stronę: zmusza  tubylców  do pracy  u  kolonistów.  Bez  tej  pracy  biali plantatorzy i właściciele kopalń zeszliby na psy, a razem z nimi i my, kupcy.

—  Malgasze — podkreślił Tinaire z godnością — muszą przejść tę twardą szkołę pracy, zanim zdolni będą do przyjęcia naszej cywilizacji.

—  Twardą szkołę pracy — stwierdziłem — to znaczy, że mają pracować nic w zamian nie dostając?

Tinaire zrobił gwałtowny ruch niezadowolenia:

—  Nic nie dostając? Czy podatki nie obracają się przede wszystkim na dobro samych Malgaszów? Przecież ich stopa życiowa podnosi się równomiernie z ogólnym rozwojem kolonii! Przecież ich dobrobytowi służą koleje,  autostrady i  autobusy, dla  nich buduje się liczne szkoły,  dla  nich  powstaje  coraz gęstsza  sieć Assistance   Mśdicale  —  Opieki   Zdrowia!   Nie „sposób  wyliczyć wszystkich korzyści tubylców.

I Tinaire, hurtownik z Maroantsetry i zagorzały entuzjasta Madagaskaru, z dumą śledził krzątających się tragarzy na przystani w Foulpointe.

Wśród tych tragarzy był Rakoto. Złożył przed chwilą worek kawy w luku statku i teraz pędził na ląd po nowy ładunek. Rakoto miał dziewiętnaście lat, minę wesołego urwisa, lubił po-żartować.

Zatrzymaliśmy go:

11

—  Hej, Rakoto! Stój! Masz papierosa!

Rakoto posłusznie przystanął, ucieszył się z poczęstunku. Zatknął papierosa za uchem.

—  Czy jechałeś już kiedy autobusem? Nie, Rakoto nie jechał jeszcze autobusem.

—  A byłeś w hotelu „Fumaroli”?

Rakoto oczywiście nigdy nie był w wielkim hotelu w Tanana-riwie ani w żadnym innym hotelu wyspy. Co prawda hotele powstały z jego podatków, ale mieszkali w nich tylko kolonizatorzy, Malgasze zaś usługiwali. Rakoto nie należał do tych uprzywilejowanych Malgaszów usługujących.

—  Czy umiesz czytać?

Nie, Rakoto nie nauczył się czytać, Rakoto zaśmiał się na samą myśl o tym. W okolicy, z której pochodził, nie było jeszcze szkoły. Brązowy tragarz z niepokojem zerknął na wielki drewniany spichrz z okienkiem, stojący w pobliżu. Chciał pędzić dalej. Wskazał na spichrz:

—  Vazaha patrzy! Vazaha to biały człowiek.

Wcisnęliśmy mu do spoconej dłoni całą paczkę papierosów gaulois:

—  Jeszcze chwilę, zaczekaj! Powiedz, masz rodzinę? Rakoto miał rodzinę, żonę.

—  A dzieci?

Miał dziecko półroczne, ale niedawno umarło.

—  Na co?

Na malarię, wiadomo.

—  To lekarstwa nie pomogły?

Nie było lekarstw, żadnych lekarstw nie dostał.

Rakoto uciekł od mas, zdjęty paniką. Powodem jego nagłego przerażenia nie był vazaha, dozorujący w spichrzu — powodem byliśmy my sami: przeraził go niespodziewany dar całej paczki papierosów. Zabobonny Malgasz nie rozumiał tego rodzaju hojności. Podejrzewał niebezpieczne dla siebie czary. Może obcy vazahowie chcieli omotać jego duszę? Może byli to biali mpamo-savy, złośliwi czarnoksiężnicy, a wtykali mu tak szczodry podarek po to, żeby tym lepiej uśpić jego czujność? O, Rakoto nie

12

da się otumanić, Rakoto był roztropny, przezorny, czujny! Przeszył nas niechętnym spojrzeniem i ze zdławionym jękiem na ustach, a z paczką gauloisów w garści uciekał co sił w nogach. Był czujny!

Powstało pytanie, kiedy Rakoto otrząśnie się ze swej ciemnoty i czujność skieruje we właściwą stronę, ku rzeczywistym wrogom. Na razie z powodu nowoczesnego zaklęcia — jak mówił kupiec Tinaire — w postaci podatku pogłownego, Rakoto, sam obdarty, dokonywał zdumiewającego, niepomiernego czynu: pieniędzmi, które dawał, utrzymywał w ruchu machinę wielkiej kolonii, a równocześnie tanią pracą swych rąk zapewniał dobrobyt wszystkim innym kolonizatorom, nie tylko urzędnikom.

Rakoto, osławiony próżniak.

Sainte Marie, wyspa piratów

Hindus Amod nie miał słuszności. W nocy burza nie przerwała ciszy. Na mokrych prześcieradłach kąpaliśmy się w obfitym pocie. Nazajutrz Ocean Indyjski był wciąż tak samo spokojny i gładki jak dotychczas. Tego dnia przystanęliśmy w porcie wyspy Sainte Marie, owianej zarówno zapachem goździków, których drzewa wszędzie tu rosły, jak i wspomnieniem jednej z naj-burzliwszych kart w księdze dziejów ludzkich.

Sainte Marie była w ciągu XVII wieku i na początku XVIII wyspą europejskich piratów. Wypierani z wód amerykańskich, przenosili swój proceder na Ocean Indyjski i tu około 1700 roku stali się taką potęgą, że flotylle możnych kompanii wschodnio-indyjskich były na ich łasce. Ofiarą ich padały nie tylko europejskie statki, utrzymujące handel z Indiami i archipelagiem wysp korzennych — piraci równie gorliwie zaczajali się u wylotów Morza Czerwonego i Zatoki Perskiej, by łapać arabskich, perskich i hinduskich kupców, a z pobliskiego Madagaskaru wybierali licznych niewolników  na  sprzedaż w innych  częściach  świata.

Po krwawych wyprawach wracali do Sainte Marie na wypoczynek  i libacje.  Powstała  tu  niesamowita  rzeczpospolita  kor-

¦     13

sarskiego bractwa, opierająca się na kilku srogich przepisach swoistego savoir vivre. W niektórych latach przebywało tu ponad tysiąc piratów wszystkich morskich narodowości, lecz prym wodzili Anglicy. Pijacka sielanka często przeobrażała się w koszmar wzajemnego wyrzynania się. To jedyne w swoim rodzaju skupisko trwało mniej więcej do 1720 roku, kiedy wspólne wyprawy okrętów wojennych państw europejskich położyły kres świetności wyrzutków — wielu z nich wytłukły, resztę przegnały.

Obecność tylu piratów wywierała oczywiście znaczny wpływ na losy samego Madagaskaru. Po ostatecznym wykurzeniu ich z Sainte Marie mnóstwo uciekło na wielką wyspę, lecz i przedtem niejeden, syty bogactw, chronił się między Malgaszami. Wchodził z nimi w związki rodzinne i despotycznie narzucając tu swe rządy tworzył dynastie królików. Całą namiętną okrutność poprzedniego bytu piraci wnosili teraz między Malgaszów.

Jeszcze pół wieku później stanowili oni ważny czynnik w życiu Madagaskaru i Beniowski zawierał sojusze z ich potomkami, tak zwanymi „Zana Malata”. Najwięcej było ich, rzecz prosta, na wschodnim wybrzeżu wielkiej wyspy i tym niezawodnie tłumaczy się dzisiaj dość jasny kolor skóry, spotykany u wielu Malgaszów szczepu Betsimisaraków.

Dawne, przebrzmiałe burze! Dziś wysepka Sainte Marie wita przybysza mocnym zapachem goździków, rozlewającym się z tubylczych plantacji, a spokojna ludność, odłam szczepu Betsimisaraków, nosi na brązowych twarzach łagodny uśmiech.

2.              Ramaso, niezwykły nauczyciel

N.

a czwarty czy piąty dzień po wyjściu z Tamatawy przybiliśmy do Maroantsetry. Maleńkie, ospałe miasteczko — siedziba szefa dystryktu * — całe w cieniu rozłożystych drzew mangow-ców, drzemało u ujścia rzeki Antanambalana do zatoki Antongil. Kilkanaście sklepów w drewnianych domach było przeważnie w ręku Hindusów i Chińczyków. Kilkunastu Francuzów i Kreo-

·         Odpowiednik naszego  dawnego starosty  powiatowego  (przyp.   autora).

14

lów z wyspy Reunion, to przeważnie kupcy-hurtownicy. Reszta to Malgasze Betsimisaracy. Miasteczko leżało w bagnistej dolinie, więc ludność chorowała na malarię.

Nie byłem roztropny wspominając Hindusowi Amodowi o swym zamiarze szukania śladów po Beniowskim. Francuzi Maroantsetry, ludek podejrzliwy i skory do przesady, węszyli u nas jakieś kombinacje przeciw francuskiej kolonii. Uroili sobie, że zajmujemy się działalnością Beniowskiego dlatego, by Polska mogła rościć sobie prawa do Madagaskaru jako kolonii. Skończona bzdura, lecz przygotowując się do wyprawy w głąb wyspy spotykaliśmy w Maroantsetrze na każdym kroku przeciwności. Nawet trudno było o wyszukanie malgaskiego kucharza, niezbędnego w takiej podróży.

Po Beniowskim żadnych śladów. Pewnego dnia wyszedłem w towarzystwie Bogdana Kreczmera parę kilometrów poza miasto do ujścia Antanambalany, rzeki nad podziw potężnej. Według dawnych map stały tu osiedle i fort Louisbourg. Dziś głuche fale Oceanu Indyjskiego biły o piaszczystą plażę tak pustą, jak gdyby tu nigdy nie postała noga ludzka, a odwieczny wiatr cicho szumiał w iglicowatym listowiu samotnych drzew kazuariny.

W drodze powrotnej do miasteczka mimo woli przypomnieliśmy sobie Rakota, młodego tragarza w Foulpointe. Przy naprawie grobli pracowało kilkunastu więźniów pod okiem strażnika z karabinem. Można go było poczęstować papierosem, a z więźniami porozmawiać. Zgadzało się: większość skazano za niepłacenie podatku, innych za drobne przewinienia. Wrodzonego humoru więźniowie nie stracili. Ze śmiechem przymawiali się o papie-, rosy.                                                                    -- ‘

Ostatecznie zdobyliśmy kucharza, niemłodego Malgasza imieniem Marovo. Przedsiębiorczy Kreol w Maroantsetrze ofiarował się za dobrą opłatą zawieźć nas na swej małej ciężarówce do Ambinanitela, dokąd wiodła jedyna w okolicy droga, dość bagnista na całej swej trzydziestokilometrowej  przestrzeni.

W dzień wyjazdu zgłosił się do nas pewien Betsimisarak z zapytaniem, czy mógłby jechać razem z nami. Był to nauczyciel Ramaso  z  Ambinanitela.   Dowiedzieliśmy  się,    że  istniała   tam

15

szkółka. Oczywiście chętnie go zaprosiłem, pomimo że ciężarówka była już bardzo obładowana. Ramaso liczył trochę ponad trzydzieści lat; był staranniej ubrany niż zazwyczaj jego rodacy. Miał wyjątkowo ciemną, brunatną skórę i uderzający wyraz oczu. Były to oczy czarne jak u wszystkich Malgaszów, lecz spokojne i inteligentne. Budziły zaufanie. Ramaso był niezwykle uprzejmy, chociaż bez odcienia służalczości, tak często rażącej u Mada-gaskarczyków.

—  Nie zajmę wiele miejsca — mówił z uśmiechem wskazując na swą drobną postać — jestem lekki.

Ramaso był niepokaźny i szczupły, widać, że w jego rodzinie nie przelewało się od zbytków. Był jednak poważany, bo odprowadzało go do ciężarówki trzech uroczystych Malgaszów i żegnało z oznakami czci.

—  To z pewnością krewni — odezwałem się, gdy ruszyliśmy.

—  Nie, nie krewni.

I zaraz, nie chcąc uchodzić za niegrzecznego, wyjaśnił:

—  To towarzysze.

Niezwykłe w ustach Malgasza słowo wywołało moje zaciekawienie:

—  Jacy towarzysze?

—  Towarzysze... wspólnych przekonań.

Starałem się przeniknąć wyraz jego twarzy, lecz on utkwił nieruchomy wzrok w dal, na drogę przed nami.

—¦ Vazaha jest przyrodnikiem? —: zagadnął mnie po chwili, pragnąc widocznie skierować rozmowę na inny tor.

Sunęliśmy przez rozległą dolinę, gorącą i zroszoną częstymi deszczami. Przyroda tonęła w rajskim przepychu: wśród zieleni gajów pomarańczowych, chlebowców i papai — drzew melonowych — migały trzcinowe chaty na palach. W porannym powietrzu było pełno śpiewu i wrzasku ptasiego.

W tej części doliny, którą mijaliśmy mniej więcej w godzinę po opuszczeniu Maroantsetry, Beniowski stoczył swą pierwszą, rozstrzygającą walkę o panowanie. Safirobajowie, zamieszkujący wówczas licznym szczepem te strony, odrzucając wszelkie warunki korzystnego sojuszu wydali Beniowskiemu wojnę na śmierć i życie. W połowie drogi do Ambinanitela leżała dziś wioska Manjina.

16

„.Ramaso, niezwykły nauczyciel... (atr   15)

„Lecz stary Dżinarivelo patrzył  na  mnie zakłopotany... (str.  19)

Zapewne w jej pobliżu Beniowski przerzucił swe oddziały przez rzekę i uderzając z trzech stron na warowny obóz wodza Maher-tompa zadał mu poważną klęskę. Po dalszych walkach nad górnym biegiem rzeki Antanambalana wróg uciekł na północ wyspy, a jego ryżowiska w pobliżu Louisbourga dostały się Sambary-wom, wypróbowanym sprzymierzeńcom białych. Gdy później skruszeni Safirobajowie wrócili prosząc o pokój, Beniowski, wierny swej polityce przyjaźni z Malgaszami, podał im rękę, a ryżowiska po prawej stronie rzeki zwrócił dawnym właścicielom.

—  Zbliżamy się! — wyrwał mnie z zadumy Ramaso.

Przebyliśmy większą część doliny przymorskiej, góry na widnokręgu podeszły bliżej. Przed nami wyrastało pokaźne, strome wzgórze, bocznym łańcuchem szczytów połączone z wysokimi górami w oddali. Droga przeciskała się u stóp wzgórza, między nim a rzeką. Za następnym skrętem otwierał się przed nami wspaniały widok na inną, urodzajną dolinę, otoczoną zewsząd górami, z ludną wsią pośrodku pól ryżowych.

—  Ambinanitelo —¦ Ramaso wskazał na wieś.

—  „Dolina Zdrowia” Beniowskiego — rzekłem i nie chciałem się przyznać, że wzbierało we mnie wzruszenie.

3.              Mimozy starego Dżinarivela

ustronia w gorącym pasie naszej ziemi, gdzie kwitnie, zda się, wieczna, namiętna wiosna i gdzie wieczny, młody uśmiech J nie schodzi z roślin i ludzi. Piękno tych szczęśliwych zakątków jest niezniszczalne, nieprzemijające,  a zachwyt,  jaki  wywołują, nie słabnie przez długie wieki, wciąż od nowa odradza się i trwa.

Kiedyś Beniowski odkrył Dolinę Zdrowia nad rzeką Antanambalana. Zachwycił się jej niezwykłym urokiem i przez pewien czas tam mieszkał. Odtąd zachwyt jego przylgnął do tej doliny niby urzeczenie i jak gdyby raz na zawsze: bo i dzisiaj ta sama dolina Ambinanitelo pozostała jednym z najpiękniejszych zakątków świata i tak samo jak ongiś czarowała.

Wielkie,  modre  motyle  sunęły  tu w  powietrzu  w  dumnym

- Gorąca wieś...

17

locie, na lśniących skfżydłach odbijając blaski nieba. Gdzie indziej ludzie nauki nazwali je orizabus, lecz tutaj błyszczący żeglarze nie mieli żadnej nazwy. Dla tuziemców były to ważne, przychylne duchy —: lolo — strzegące ładu i szczęścia doliny i pijące soki z dojrzałych bananów.

Dwie inne potęgi, niezwalczone i boskie, trzymały w okowach uroczą dolinę i dzierżyły losy jej życia raz darząc błogosławieństwem, raz szerząc klęski: to ogromna, kapryśna rzeka Antanam-balana płynąca przez dolinę, rzeka o sławnej legendzie i malowniczych brzegach; druga potęga to dzikie góry, osaczające zewsząd dolinę, pokryte tropikalną puszczą, góry zuchwałe, wspaniałe, bliskie, nieprzebyte, bezludne a zaludnione dziwami. Jak drapieżne widma czuwały dokoła i zazdrośnie zamykały dolinę przed światem.

„”W tej dolinie śniło swe ryżowe życie bez mała tysiąc Malga-szów ze szczepu Betsimisaraków. Posiadali niewielkie pólka ryżowe dokoła wsi i wielu przodków, których duchom oddawali głęboką cześć. Ludzie Skromni i łagodni rzadko kiedy wychodzili nad brzeg morza do Maroantsetry. Istnienie swe w dolinie przypuszczalnie zawdzięczali samemu Beniowskiemu, który przodków ich, a swych sojuszników, Sambarywów, losami wojny tutaj sprowadził i na stałe osiedlił.

Dolina Ambinanitelo, jakkolwiek stanowiła przeszło tysiąc hektarów najżyźniejszej ziemi, Europejczyków wcale nie wabiła. Leżała zbyt daleko od wielkich gościńców świata. Wiadomo z historii, że raz tylko gościła liczniejszą ich gromadę, i to tylko na krótko: wtedy gdy Beniowski założył tu swą redutę Augusta i stację wypoczynkową.

Dzisiejsi mieszkańcy doliny, nie przywykli do białych ludzi, stronili od nich. Tańczyli przy księżycu, czcili swych przodków, wierzyli w złe duchy, płacili regularnie podatki Francuzom, ale nie lubili białych. Gdy biali ludzie zjawili się w ich wsi, budzili gwarne podniecenie wśród młodzieży, a cichy niepokój wśród starych. Psy skomliły żałośnie.

— Przywieźliście ze sobą sporo bagażu! — mówił do mnie ze smutną zadumą Dżinarivelo, brązowy starzec o frasobliwych oczach i ujmującej twarzy.

18

ł- Tak! — odrzekłem z najmilszym uśmiechem. — Pozostaniemy u was długo, bo musicie opowiedzieć nam wszystko, co pamiętacie o Beniowskim.

Lecz starzec patrzył na mnie zakłopotany: nie rozumiał, czego chcę; nie pamiętał nic o Beniowskim, nie znał takiego vazahy.

—  Jak to, nie znasz? Za czasów dziadka twego dziadka przybył tu do was, został zwycięskim wodzem, obraliście go swym ampansakabe, wielkim królem. W Maroantsetrze miał swój główny obóz, lecz także przebywał tu, w dolinie Ambinanitelo.

Nie, stary Dżinarivelo nic o tym człowieku nie wiedział i nikt inny w dolinie również nie wiedział. Dżinarivelo chciałby się wycofać z niemiłej rozmowy. Patrzył uparcie w dal, na szeroką rzekę, jakby wyczekując od niej pomocy.

—  Rzeka!... — nie ustępowałem śmiejąc się. — Zanim zaprzyjaźniliście się z Beniowskim, chcieliście go podstępnie zniszczyć wrzucając do rzeki całe drzewa groźnego tanguinu, którego owoce miały zatruć wodę...

Nie, Dżinarivelo nie znał tej historii. I widać było po nim, że mówił prawdę: nie znał dziejów Beniowskiego. Zresztą znudziła go do cna rozmowa ze mną. Puszczał mimo uszu moje gorące zapewnienie, że przybywam tu jako szczery przyjaciel i że chcę się przyjaźnić ze wszystkimi mieszkańcami doliny. Dżinarivelo nie chciał mej przyjaźni, chciał tylko spokoju, chciałby już odpocząć w swej chacie. Uśmiechał się do mnie bezradnie i z pogardliwą wyższością.

Kroczyliśmy powoli nad samym brzegiem rzeki, po dziwnej łące. Gęstym kobiercem porastał ją, zamiast trawy, gatunek niewysokiej mimozy, niezmiernie czułej. Za najlżejszym dotknięciem nogi pierzaste listki gwałtownie się zwierały, gałązki nagle się kręciły i kurczyły, nawet całe łodygi, dotknięte wstrząsem, przypadały jak ścięte do ziemi. Za nami pozostawała szeroka bruzda zdrętwiałych, przycupniętych mimoz: żywiołowe zamknięcie się roślin przed czymś obcym i wrogim.

Naraz Dżinarivelo skupił na mimozach całą swą wytężoną uwagę. Ich obrona przed stopą człowieka podsunęła mu upragnione skojarzenie. Oto Dżinarivelo upodobnił się do przyczajonych mimoz, chciał ukryć się w ich duszy, czuł się rośliną. Świado-

19

mość znalezionego pokrewieństwa dodała mu nSwyeh sił, potęgowała jego opór. Przeciw obcemu intruzowi rodził się magiczny sojusz tuziemca ze swojską rośliną. Dżinarivelo podniósł głowę i shardział.

Energicznym szarpnięciem wyrwałem kilkanaście pędów mimozy i zaniosłem je do chaty, przeznaczonej na moją kwaterę. Włożyłem je do szklanki z wodą, szklankę postawiłem na stole.

Po chwili woda wnikała w tkanki roślin i przezwyciężała ich opór. Łodygi nabierały znowu życia, prężniały, podnosiły się, liście rozkręcały się szeroko i przyjaźnie.

Dżinarivelo widział poddanie się roślin i nie odrywał oczu od zjawiska. Bo rzeczywiście było to dziwne: mimozy wyglądały teraz jak oswojone, roślinne zwierzątka, posłuszne i gotowe jeść z ręki białego człowieka w jego własnej chacie. A przedtem były zamknięte i odpychające.

Dżinarivelo zmiękł. Stracił roślinnego sojusznika i po raz pierwszy spojrzał na mnie przyjaźniej.

4.              ... [ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • asael.keep.pl