[ Pobierz całość w formacie PDF ]

 

C.S. FORESTER

Hornblower i kryzys

 

„WYDAWNICTWO MORSKIE” Gdańsk

„TEKOP” Gliwice

1991

Tytuł oryginału angielskiego: Hornblower and the Crisis

Tłumaczyła z angielskiego: Henryka Stępień

Redaktor: Alina Walczak

Opracowanie graficzne: Erwin Pawlusiński, Ryszard Bartnik

Korekta: Teresa Kubica

ISBN 83-215-5787-2 (WM) ISBN 83-85297-24-3 (Tekop)

Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1991

we współpracy z ”Tekop” Spółka z o.o. Gliwice

Bielskie Zakłady Graficzne zam. 1719/K

 

Rozdział I

Hornblower spodziewał się pukania do drzwi, bo to, co widział przez okno kajuty, wystarczyło na zorientowanie się co się dzieje na zewnątrz.

— Barka dowożąca wodę podchodzi do burty, sir — zameldował Bush, z kapeluszem w ręku.

— W porządku, panie Bush. — Przygnębiony i poirytowany, Hornblower nie miał zamiaru ułatwiać Bushowi zadania.

— Na pokładzie jest nowy dowódca, sir. — Bush zdawał sobie doskonale sprawę z nastroju Hornblowera, lecz nie bardzo wiedział, jak sobie z tym poradzić.

— W porządku, panie Bush.

Ale takie postępowanie to zwykłe okrucieństwo, rozmyślne dręczenie niemego zwierzęcia. Hornblower uświadomił sobie, że to, co robi, nie sprawia mu właściwie żadnej przyjemności, a tylko wprowadza Busha w zakłopotanie. Powściągnął trochę zły humor i powiedział lżejszym tonem:

— Więc ma pan teraz dla mnie kilka minut, panie Bush? To coś nowego przy pańskim zapracowaniu w ostatnich dwóch dniach.

Słowa te nie były ani słuszne, ani uprzejme, i z wyrazu twarzy Busha można było poznać, jak je odczuł.

— Miałem obowiązki do wypełnienia, sir — mruknął.

— Doprowadzenie „Hotspura” do wzorowego porządku dla nowego dowódcy.

— T… tak, sir.

— Ja, oczywiście, się nie liczę. Jestem tylko kimś niepotrzebnie zajmującym miejsce.

— Sir…

Chociaż Hornblowerowi nie było do śmiechu, musiał się uśmiechnąć na widok zbolałej miny Busha.

— W gruncie rzeczy, panie Bush, cieszę się widząc, że jest pan tylko człowiekiem. Czasami w to wątpiłem. Nie ma na świecie lepszego pierwszego oficera niż pan.

Bush potrzebował dwóch, trzech sekund, żeby przetrawić nieoczekiwany komplement.

— To bardzo łaskawie z pańskiej strony, sir. Bardzo uprzejmie, naprawdę. Lecz to tylko pańska zasługa.

Za chwilę zejdą na śliskie ścieżki sentymentalizmu, a to byłoby nie do zniesienia.

— Czas, żebym się pokazał na pokładzie — powiedział Hornblower. — Pożegnajmy się więc, panie Bush. Wszystkiego najlepszego pod dowództwem pańskiego nowego kapitana.

Tak dalece uległ nastrojowi chwili, że wyciągnął dłoń, a Bush ją ujął. Na szczęście Bush był zbyt wzruszony, by powiedzieć coś więcej niż „Do widzenia, sir”. Hornblower wyszedł spiesznie z kajuty, a Bush za nim.

Ustawianie barki przy burcie „Hotspura” od razu stało się źródłem dystrakcji. Jej burtę na całej długości obwieszono zwiniętymi starymi żaglami i gęsto zabezpieczono odbijaczami z worków z piaskiem, lecz nawet tu, na osłoniętych wodach zatoczki, przerzucenie lin między obydwoma jednostkami i przyciągnięcie ich ku sobie było trudnym zadaniem, wymagającym nie lada zręczności. Z barki wysunięto z hałasem trap nad przerwą między obydwoma pokładami i po tym trapie niepewnym krokiem ruszył tęgi mężczyzna w galowym mundurze. Był bardzo wysoki — sześć stóp i dwa albo i trzy cale — i mocno zbudowany, w średnim albo więcej niż średnim wieku, sądząc po siwej, gęstej czuprynie odsłoniętej po zdjęciu kapelusza. Młodsi bosmani mocno dmuchnęli w swoje gwizdki; dobosze z obu jednostek zagrali nierówny werbel.

— Witamy na pokładzie, sir — powiedział Hornblower

Nowy dowódca wyjął papier z kieszeni na piersiach, rozpostarł go i zaczął czytać. Na rozkaz Busha zdjęto czapki z głów, aby wszystko odbyło się z należytą powagą.

„Rozkaz wydany przeze mnie, Williama Cornwallisa, wiceadmirała Czerwonej Eskadry, kawalera najzaszczytniejszego Orderu Łaźni, dowodzącego królewskimi okrętami i statkami Floty Kanału, dla szanownego Jamesa Percivala Meadowsa…”

— Myślicie, że mamy cały dzień czasu? — krzyknął ktoś donośnym głosem z pokładu barki. — Hej, tam! Przygotować się do odebrania węża! Panie poruczniku, kilku marynarzy do pomp.

Jasna rzecz, że słowa te pochodziły od beczułkowatego dowódcy barki. Bush dawał mu gwałtowne znaki, żeby był cicho, póki ważna ceremonia nie dobiegnie końca.

— Będzie dosyć czasu na te głupoty, jak wszystka woda zostanie załadowana. Za godzinę wiatr zmieni kierunek — odkrzyknął baryłkowaty kapitan, wcale nie zbity z tropu. Kapitan Meadows spojrzał groźnie spod brwi. Przez moment wahał się, lecz mimo ogromnego wzrostu nie mógł nic zrobić, żeby uciszyć tamtego. Resztę rozkazu wykrzyczał w tempie bliższym galopu niż cwału, i stawszy się w ten sposób prawowitym dowódcą okrętu JKM „Hotspur”, z wyraźną ulgą złożył pismo.

— Czapki włóż — rzucił Bush komendę.

— Sir, przejmuję pana obowiązki — zwrócił się Meadows do Hornblowera.

— Bardzo mi przykro, sir, z powodu złych manier tego z barki — powiedział Hornblower.

— Dajcie teraz paru krzepkich chłopaków — krzyknął w powietrze baryłkowaty dowódca barki, a Meadows z rezygnacją wzruszył ramionami.

— Pan Bush, mój pierwszy oficer… to znaczy pański pierwszy oficer, sir — pośpieszył Hornblower z prezentacją.

— Do roboty, panie Bush — rzucił Meadows, i Bush zabrał się od razu do organizowania przeładunku słodkiej wody.

— Co to za człowiek, sir? — spytał Hornblower wskazując kciukiem na dowódcę transportowca wody.

— Był moją zmorą przez dwa dni — odparł Meadows. Każde jego następne zdanie naszpikowane było brzydkimi wyrazami, których nie ma co przytaczać. — Jest nie tylko dowódcą tej balii, lecz jej właścicielem w trzydziestu siedmiu sześćdziesiątych czwartych. Na kontrakcie z Admiralicją — nie można wcielić przymusowo do służby ani jego, ani żadnego z jego ludzi, wszyscy mają glejty. Gada i robi, co mu się podoba, a ja oddałbym moje pryzowe za pięć lat naprzód, żeby go mieć na gretingu przez dziesięć minut*.

— Hm — mruknął Hornblower. — Płynę z nim do kraju.

— Może panu będzie się lepiej podróżowało niż mnie.

— Przepraszam panów. — Marynarz z barki szedł energicznym krokiem po trapie, ciągnąc za sobą płócienny wąż. Za nim kroczył ktoś z papierami. Wszędzie panował ruch.

— Przekażę papiery okrętowe, sir — powiedział Hornblower. — Pozwoli pan ze mną? To znaczy, sir… są przygotowane w pańskiej kajucie, jeśli znajdzie pan czas, żeby poświęcić im trochę uwagi.

Kuferek marynarski i worek z przyborami Hornblowera leżały rzucone na gołych deskach pokładu kajuty, patetyczne oznaki rychłego zejścia z okrętu. Przekazanie dowództwa było sprawą kilku chwil.

— Sir, czy mógłbym poprosić pana Busha o marynarza do przeniesienia moich rzeczy? — spytał Hornblower.

Teraz był nikim. Nawet nie pasażerem. Nie miał żadnej pozycji, a fakt ten stał się jeszcze bardziej oczywisty, gdy wrócił na pokład, żeby poszukać swoich oficerów i pożegnać się z nimi. Pochłonięci bieżącymi sprawami, z trudem znajdowali dla niego sekundę czasu. Uściski dłoni były pośpieszne i zdawkowe, z dziwną ulgą ruszył ku trapowi.

Ulga była krótkotrwała, bo nawet stojący na kotwicy „Hotspur” wyczuwalnie kołysał się na boki na martwej fali zakrzywiającej się wokół cypla, i obie jednostki, „Hotspur” i barka, kiwały się w przeciwstawnych fazach, a ich nadbudówki to skłaniały się ku sobie, to się od siebie odchylały, tak że łączący je trap był poddawany kilku różnym ruchom — bujał się jak huśtawka w płaszczyźnie pionowej i poziomo, jak igła kompasu, a przy tym wznosił się i opadał. Lecz najbardziej przerażające — wyczuwalne od momentu, gdy Hornblower postąpił ku przejściu — były szarpnięcia w przód i w tył w rytm zbliżania się i oddalania obu jednostek, powodujące, że rozstęp, nad którym biegł trap, miał to sześć stóp, to szesnaście. Dla bosonogiego marynarza przebiec po nim byłoby niczym, ale Hornblower odczuwał strach — trap miał osiemnaście cali szerokości i był bez poręczy. Czuł, że jest obserwowany przez beczułkowatego dowódcę barki, więc postanowił, raz ruszywszy, iść dalej bez wahania — do tej chwili kącikiem oka badał taniec trapu, udając, że całą swą uwagę skupia na tym, co się dzieje na obu jednostkach.

Potem ruszył szybko, stanął obu nogami na trapie, przetrwał koszmarne chwile, gdy mu się zdawało, że mimo całego pośpiechu wcale nie idzie naprzód, aż z westchnieniem ulgi dotarł do końca trapu i zszedł na stosunkowo stabilny pokład. Baryłkowaty dowódca nie uczynił żadnego powitalnego gestu, toteż gdy dwaj marynarze zwalali jego bagaż na pokład, Hornblower musiał zrobić pierwszy krok.

— Czy pan jest dowódcą tego statku, sir? — spytał.

— Kapitan Baddlestone, dowódca „Princess”.

— Jestem kapitan Hornblower i mam być przewieziony do Anglii — ciągnął Hornblower. Świadomie tak sformułował zdanie, dotknięty do żywego bezceremonialnym zachowaniem Baddlestone'a.

— Ma pan swój patent oficerski?

Samo pytanie i sposób, w jaki zostało zadane, ubodło poczucie godności Hornblowera, już i tak rozdrażnionego do tego stopnia, że czuł, iż nie zniesie dłużej takiej bezczelności.

— Mam — oświadczył.

Wielka twarz Baddlestone'a była czerwona, można by nawet rzec: purpurowa. Spojrzenie dwojga zaskakująco jasnych niebieskich oczu rzucone spod grubych brwi napotkało hardy wzrok Hornblowera, zdecydowanego na nieustępliwość i gotowego w nieskończoność wytrzymywać frontalny atak tych niebieskich oczu. Lecz Baddlestone zręcznie zaszedł go z flanki.

— Jedzenie kabinowe gwinea dziennie — powiedział. — Albo może pan zapłacić trzy gwinee za całą podróż.

Hornblowera zaskoczyło, że musi płacić za swoje utrzymanie. Czując, że to zaskoczenie odmalowało się na jego twarzy, postanowił nie zdradzić się z nim przynajmniej w słowach. Nie zniży się nawet do zadania pytań wiszących mu na końcu języka. Może być całkiem pewien, że Baddlestone ma prawo po swojej stronie. Czarter Admiralicji przypuszczalnie nakładał na Baddlestone'a obowiązek przewożenia oficerów zmieniających miejsce pobytu, lecz nie było tam na pewno żadnej wzmianki o ich utrzymaniu w czasie drogi. Szybko obliczył w myślach.

— Niech będzie trzy gwinee — odrzekł najwynioślej jak umiał, zachowując się jak człowiek, dla którego różnica między jedną gwineą a trzema jest nieistotna. Dopiero wypowiedziawszy te słowa pomyślał, że wiatr może skręcić na wschód, a wtedy droga powrotna znacznie się przeciągnie.

W czasie rozmowy jedna z pomp zaczęła pracować bardzo nierówno, a druga teraz stanęła. Cisza po ustaniu ich monotonnego hałasu była aż dziwna. Bush krzyknął z ”Hotspura”:

— To dopiero dziewiętnaście ton. Możemy wziąć jeszcze dwie.

— I tych dwóch nie dostaniecie — odkrzyknął Baddlestone. — Wypompowaliśmy się do sucha.

Hornblowerowi było dziwnie, że to już nie jego sprawa, nie ciążyła na nim żadna odpowiedzialność, chociaż automatycznie wyliczył, że teraz „Hotspur” ma słodkiej wody na czterdzieści dni. To Meadows będzie musiał głowić się, jak przechować ten zapas. A ponieważ wiatr może wykręcić na wschód, „Hotspur” będzie musiał przepływać bardzo blisko ujścia Goulet — ale niech Meadows się martwi, on nie będzie miał z tym nic do czynienia, nigdy więcej.

Marynarze, którzy pracowali przy pompach, pobiegli trapem na barkę, a dwaj inni, z obsługi węży, wracali na „Princess”, wlokąc je za sobą. Na końcu szedł oficer pokładowy „Princess”, z papierami.

— Uwaga przy linach! — ryknął Baddlestone. — Kliwerfały!

Baddlestone sam stanął u steru i zręcznie wymanewrował barkę spod burty „Hotspura”. Sterował dalej, a szóstka marynarzy pod nadzorem oficera pokładowego zdejmowała rozwieszone na burcie odbijacze i układała je na pokładzie. Już po kilku sekundach odstęp między dwoma jednostkami stał się za duży, by głos go pokonał. Hornblower patrzył na „Hotspura” ponad połyskującą wodą. Wyglądało, że Meadows wezwał całą załogę na pokład, żeby wygłosić inauguracyjną mowę. Na pewno nikt stamtąd nie rzucił nawet spojrzenia ani na barkę, ani na Hornblowera stojącego samotnie na pokładzie. W marynarce wojennej więzy przyjaźni, zażyłości — choć bardzo silne — mogą ulec zerwaniu w mgnieniu oka. Najprawdopodobniej nigdy już nie zobaczy Busha.

 

Rozdział II

Na „Princess” płynęło się bardzo niewygodnie. Opróżniono barkę z ładunku słodkiej wody, a nie było prawie nic, czym można by ten ładunek zastąpić. Puste baryłki zbyt były cenne, aby je zanieczyszczać balastem w postaci wody morskiej. A między baryłki ledwie udało się wepchnąć kilka worków piasku, żeby chociaż trochę poprawić stabilność. Statek projektowano pamiętając o tej trudności, toteż dzięki szerokiemu kadłubowi o miskowatym kształcie nawet płynąc bez ładunku właściwie nie mógł się wywrócić dnem do góry, ale poza tym wyczyniał wszelkie możliwe sztuczki. Ruchy miał gwałtowne i zupełnie nie do przewidzenia dla kogoś nie obeznanego z taką jednostką. Sterować nim było prawie równie trudno jak tratwą, bo dryfował w dolinie fali i dawał się znosić w kierunku zawietrznym, co ograniczało możność posuwania się ku Plymouth, jak długo przeważał wschodni kierunek wiatru.

Hornblower musiał znosić wielkie niewygody. Wystawiony na nie znane mu dotąd ruchy pokładu pod stopami, przez dwa dni walczył z atakującą go chorobą morską. Nie uległ jej dzięki temu, że ostatnio przebył bez przerwy kilka tygodni w morzu, lecz wmawiał sobie, co prawda bez przekonania, że może byłoby lepiej, gdyby choroba go dopadła. Przydzielono mu hamak w pomieszczeniu o wymiarach sześć stóp na sześć i pięciu stopach wysokości, ale miał je przynajmniej dla siebie i mógł czerpać pewną pociechę z faktu, że były tam zawieszki dla ośmiu hamaków, po cztery w dwóch warstwach. Dawno nie spał w hamaku, i kręgosłup bardzo wolno dostosowywał się do koniecznego wykrzywienia. Nieobliczalne podskoki i poprzeczne przechyły barki przenoszone na niego przez hamak sprawiały, że tęsknie wspominał luksus koi na „Hotspurze”.

Wiatr, ciągle północno-wschodni, niosący czyste niebo i słońce, nie cieszył Hornblowera. Pewną — wątpliwą zresztą — pociechą mógł być fakt, co rychło stało się rzeczą jasną, iż będzie spożywał „kabinowe jedzenie” Baddlestone'a dłużej niż przez trzy dni. Wszystko, czego pragnął, to dostać się do Anglii, do Londynu, do Whitehall i zapewnić sobie awans na kapitana, zanim nie zdarzy się coś, co mogłoby w tym przeszkodzić. Patrzył markotnie, jak „Princess” coraz silniej jest spychana w stronę brzegu zawietrznego, bardziej nawet niż ciężkie okręty zgrupowane w pobliżu Ushant. Na pokładzie nie było nic do czytania i nic do roboty ani żadnego zacisznego kącika, gdzie mógłby spędzać czas na nicnierobieniu.

Znużony leżeniem w hamaku wychodził właśnie na pokład, gdy ujrzał, że Baddlestone spiesznym ruchem przyłożył lunetę do oka i wpatrzył się w kierunek nawietrzny.

— Nadpływają! — odezwał się, wyjątkowo towarzyski.

Z wielką łaskawością podał lunetę Hornblowerowi. Trudno sobie wyobrazić gest bardziej wielkoduszny (o czym Hornblower wiedział doskonale) ze strony dowódcy jednostki niż rozstanie się nawet na moment z lunetą, gdy coś ciekawego pojawiało się w polu widzenia. W ich kierunku szła flotylla, znacznie większa liczebnie od zwykłej eskadry. Cztery fregaty, z postawionymi wszystkimi żaglami, śpieszyły zająć pozycje czołowe; za nimi sunęły dwie kolumny bojowych okrętów liniowych, siedem w jednej i sześć w drugiej. Płynąc na wyznaczone pozycje równocześnie stawiały żagle boczne. Z wiatrem prosto w rufę i pod wszystkimi żaglami parły wprost na „Princess”. Był to wspaniały widok. Na dziobach łopotały znaki okrętowe, bandery rozwiewały się na masztach jakby idąc ze sobą w zawody. Pod każdym pełnym dziobem wzbijała się i opadała fala spieniana przez kadłuby prujące niebieską wodę. Była to najwspanialsza prezentacja potęgi morskiej Anglii. Prawa środkowa fregata ścinając kurs przemknęła obok miotanej falami „Princess”.

— „Diamond”, 32 działa — powiedział Baddlestone. W jakiś sposób odebrał Hornblowerowi lunetę.

Hornblower patrzył tęsknym, zazdrosnym okiem na fregatę mijającą ich w odległości długiego strzału armatniego. Widział grupkę marynarzy wspinających się po takielunku fokmasztu. W tę krótką chwilę, gdy „Diamond” przechodził obok barki, fokbramsel został zwinięty i ponownie postawiony. Świetna jednostka ten „Diamond” — Hornblower nie dostrzegł najmniejszej nieprawidłowości w zestawie żagli. Oficer nawigacyjny „Princess” ledwie zdążył podnieść brudną czerwoną banderę, żeby oddać salut, na co fregata odpowiedziała salutem swojej niebieskiej bandery. Teraz nadpływała prawa kolumna okrętów liniowych, z trójpokładowcem na czele, górującym nad fałami i w miarę zbliżania się ukazującym ułożone w szachownicę furty strzelnicze. Na bramstendze fokmasztu powiewała niebieska flaga wiceadmiralska.

— „Prince of Wales”, 98. Wiceadmirał Sir Robert Calder, baronet — oznajmił Baddlestone. — W tej grupie są jeszcze dwa okręty flagowe.

Obie jednostki pozdrowiły się banderami, po czym, wśród bryzgów piany, nadpłynął fordewindem następny okręt liniowy. Siedem okrętów mijających „Princess” salutowało kolejno banderami.

— Pomyślny wiatr do Finisterre — orzekł Baddlestone.

— Wygląda, że to jest ich kurs — powiedział Hornblower.

Było rzeczą oczywistą, że Baddlestone orientuje się w ruchach floty równie dobrze jak Hornblower, a może i lepiej. Mniej niż tydzień temu Baddlestone był w Plymouth, gdzie mógł przeczytać wszystkie angielskie gazety i wysłuchać, co mówi się w piwiarniach. Hornblower zaś słyszał sporo rozmaitych plotek od „Shetlanda”, statku aprowizacyjnego, który dobił do burty „Hotspura” dwa dni wcześniej niż „Princess”. Twierdzenie Baddlestone'a, że celem podróży Caldera jest tylko Finisterre, a nie Cieśnina czy Indie Zachodnie, świadczyło, jak dużo wie ten człowiek. Hornblower zadał sprawdzające pytanie.

— Jak pan myśli, płyną do ujścia Cieśniny?

Baddlestone spojrzał na niego z politowaniem.

— Tylko do Finisterre — odparł łaskawie.

— Ale czemu?

Baddlestone'owi wyraźnie trudno było uwierzyć, że Hornblower nie wie o czymś, co jest szeroko omawiane we flocie i stoczni.

— Villain-noove — rzekł.

Miało to znaczyć: Villeneuve, admirał francuski dowodzący flotą, która kilka tygodni temu przedarła się z Morza Śródziemnego i umknęła Atlantykiem do Indii Zachodnich.

— Co z nim? — spytał Hornblower.

— Wraca, kierując się na Brest. Żeby się tam połączyć z francuską flotą, tak myśli Bonio. Potem Kanał. Armia Bonia czeka w Bulong i Bonio myśli, że następne swoje danie z żab zje w zamku Windsor.

— Gdzie jest Nelson? — pytał dalej Hornblower.

— Płynie za Villain-noovem. Jak nie złapie go Nelson, to zrobi to Calder. Bonio długo poczeka, zanim zobaczy francuskie marsie w Kanale.

— Skąd pan to wie?

— Od Nelsona przybył slup, jak czekałem na wiatr w Plymouth. I, słowo daję, w pół godziny wiedziało o tym całe miasto.

Była to bardzo ważna wiadomość i najświeższa, jaką można sobie wyobrazić, a przecież już znana wszystkim. W Boulogne Bonaparte trzyma w pogotowiu ćwierć miliona ludzi, wyćwiczonych i wyekwipowanych. Przetransportowanie ich przez Kanał może być trudne mimo tysięcy płaskodennych łodzi zgromadzonych we francuskich portach nad Kanałem, lecz mając dwadzieścia, trzydzieści, a może nawet czterdzieści francuskich i hiszpańskich okrętów liniowych do osłony przeprawy, można coś zdziałać. Za miesiąc Bonaparte może z powodzeniem jeść swoje żaby w zamku windsorskim. Losy świata, losy cywilizacji zależą od zgrania ruchów flot brytyjskich. Jeśli tyle już wiedziano w Plymouth w ubiegłym tygodniu, to dziś wiedzą też o tym w kwaterze głównej Bonapartego. Dokładna znajomość posunięć brytyjskich ma dla Francuzów olbrzymie znaczenie przy realizacji planu pozornie wyglądającego na próbę wydostania się spod blokady.

Baddlestone patrzył na Hornblowera ciekawym wzrokiem. Widocznie wyraz twarzy Hornblowera zdradzał jego uczucia.

— Żaden pożytek z martwienia się — stwierdził Baddlestone, i teraz z kolei Hornblower zwrócił na niego badawcze spojrzenie.

Do czasu tej rozmowy, podczas dwudniowego czekania na wiatr, nie zamienili ze sobą nawet dwudziestu słów. Baddlestone czuł widocznie uprzedzenie do oficerów marynarki wojennej. Może przytłumił je brak ze strony Hornblowera jakichkolwiek prób spoufalania się.

— Martwić się? — odrzekł dzielnie Hornblower. — Czemuż to miałbym się martwić ? Z Boniem załatwimy się, jak przyjdzie czas.

Wyglądało, że Baddlestone już żałuje, że zaczął rozmowę. Jak przystało na dowódcę przebywającego na pokładzie, rzucał od czasu do czasu spojrzenia na lik grotżagla, i teraz obrócił się do sternika.

— Patrz, u diaska, co robisz! — krzyknął niespodziewanie. — Trzymaj go na wiatr! Czy chcesz, żebyśmy wylądowali w Hiszpanii? Pusty statek, a u steru zamiast żeglarza niezdarny fujara pozwalający mu kręcić się w kółko.

W trakcie tej tyrady Hornblower odszedł na bok. Ogarnęły go dodatkowe obawy, poza tymi, o których wspomniał Baddlestone. Zbliża się moment przełomowy wojny na morzu, trzeba będzie staczać bitwy, a on jest bez okrętu. Wszystko, co ma, to obietnica, że go dostanie, przyrzeczenie, że zostanie „mianowanym kapitanem”, gdy będzie mógł stawić się w Admiralicji, aby je wyegzekwować. Przetrwał dwa lata trudów i niebezpieczeństw, monotonii i napięć w blokadzie Brestu, a teraz, gdy wojna osiąga punkt szczytowy, jest bez pracy. Usiądzie między dwa stołki — walka może się skończyć, jej punkt kulminacyjny minąć, zanim on znów wypłynie w morze. Calder może dopaść Villeneuve'a w ciągu tygodni, a Bonaparte może za czternaście dni spróbować przeprawy przez Kanał. Lepiej byłoby być dowódcą choćby korwety, ale mieć ją, niż pozostawać nie zatwierdzonym kapitanem i bez okrętu. To wystarczało, żeby człowieka doprowadzić do białej gorączki — a tu przez ostatnie dwa dni wiatr ciągle wiał z północnego wschodu, czyniąc z niego więźnia na przeklętym transportowcu, a Meadowsowi na „Hotspurze” dając wszelkie szansę wyróżnienia się. Po dziesięciu latach doświadczenia Hornblower powinien był mieć na tyle rozsądku (i zdawał sobie z tego sprawę), żeby się nie gorączkować z powodu wiatrów nie poddających się żadnej kontroli i niemożliwych do przewidzenia, które rządziły jego życiem od zarania młodości. A mimo to wściekał się do białej gorączki.

 

Rozdział III

Hornblower wciąż leżał w hamaku, chociaż dawno nastał świt, a nawet całkiem się już rozwidniło. Przewracał się z boku na bok, tak żeby za bardzo nie wybić się ze snu — sztuka, której musiał nauczyć się od nowa sypiając znów w hamaku — i był zdecydowany leżeć w nim jak najdłużej, jak najdalszy od przebudzenia. W ten sposób dzień mu się skróci. Przez ten czas otępiały od snu mózg nie będzie pracował z wytężeniem. Wczoraj był zły dzień, bo sprzyjający podmuch nad wieczorem potrwał tylko tyle, ile było trzeba, żeby „Princess” wróciła do głównej grupy jednostek blokującej eskadry, i zaraz potem irytująco zmienił kierunek na przeciwny.

Z pokładu nad głową Hornblowera dobiegły podniecone głosy, a do burty dobiła łódź. Burknął coś pod nosem i zaczął wygrzebywać się z hamaka. Pewnie to jakieś głupstwo, wcale go nie dotyczące i w ogóle bez znaczenia, lecz to głupstwo wystarczyło, żeby przekreślić jego postanowienie zostania w hamaku.

Siedział w hamaku z nogami na pokładzie, gdy zjawił się midszypmen. Hornblower spojrzał groźnie na niego zamglonymi oczyma. Na widok dopasowanych białych bryczesów i trzewików ze sprzączkami pomyślał, że musi to być jakiś rozpieszczony ulubieniec z okrętu flagowego. Midszypmen podał mu list i to sprawiło, że Hornblower błyskawicznie otrząsnął się ze snu. Złamał pieczęć z opłatka.

 

Niniejszym prosi się i nakazuje Panu stawić się w charakterze świadka, na Pańskie ryzyko, na sądzie wojennym, który odbędzie się o dziewiątej rano dziś, 20 maja 1805 roku, w kajucie okrętu JKM „Hibernia”, w celu osądzenia kapitana Jamesa Percivala Meadowsa, oficerów i załogi byłego królewskiego słupa „Hotspur”, za stratę rzeczonego okrętu przez wejście na mieliznę w nocy dnia 18 maja 1805 roku.

Henry Bowden, kontradmirał, dowódca Floty.

Nb. Zostanie przysłana łódź.

 

Wiadomość ta zdumiała i zaskoczyła Hornblowera. Patrzył z otwartymi ustami na list, odczytując go ponownie, aż przypomniał sobie o obecności midszypmena i wynikającej stąd konieczności zachowania niewzruszonego wyrazu twarzy.

— W porządku, dziękuję — powiedział sucho. Ledwie midszypmen odwrócił się plecami, a już Hornblower wyciągał swój kuferek marynarski, zastanawiając się, jak usunąć zgniecenia na podniszczonym galowym mundurze.

„Były królewski slup”. To może tylko znaczyć, że „Hotspur” jest stracony całkowicie. Lecz Meadows żyje, co pozwala sądzić, że straty w ludziach były niewielkie lub żadne. Jak widać, Meadows szybko zdążył władować „Hotspura” na mieliznę. Ale to najłatwiejsza rzecz na świecie, co z większą niż ktokolwiek inny pewnością mógł powiedzieć on, któremu to się nigdy nie przydarzyło.

Chcąc się ogolić musiał podsunąć kuferek pod zejściówkę i stojąc na nim wystawić głowę, żeby móc patrzeć w lusterko ustawione na pokładzie. Był za niski, żeby się obyć bez tego zaimprowizowanego podnóżka. Pomyślał, że Meadows jest dostatecznie wysoki, aby dobrze widzieć nad zrębnicą, bez potrzeby stawania na czymś, co dodałoby z łokieć wzrostu.

Nadszedł Baddlestone i z własnej chęci przekazał wiadomość balansującemu niepewnie Hornblowerowi, nie przywykłemu jeszcze całkiem do błazeńskich podskoków „Princess” i w związku z tym mającemu trudności z naciąganiem skóry twarzy jedną ręką, gdy w drugiej trzymał brzytwę.

— A więc „Hotspur” został utracony na Czarnej Skale — zagaił Baddlestone.

— Wiem, wszedł na mieliznę — odrzekł Hornblower. — Nie wiedziałem tylko gdzie.

— Czy pójście na dno morza nazywa pan wejściem na mieliznę? Slup dotknął dna na fali odpływu. Przedziurawił się, nabrał wody, a potem odtoczył się z przypływem.

Zadziwiająca rzecz, jak te pomocnicze jednostki floty wyłapywały wszelkie nowiny.

— Czy ktoś zginął? — spytał Hornblower.

— Nie sł...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • asael.keep.pl